Cześć, nazywam się

Lech Rychliński

A to są moje przemyślenia spod prysznica...

sie 26, 2024

Siadając dziś do tego wpisu jestem dokładnie w sytuacji o której chcę napisać. “Nie chce mi się”. Nie chce mi się bardzo.

Jest rano, dzień zapowiada się piękny. Wolałbym pójść popracować w ogrodzie, może w warsztacie coś porobić, a może poleżeć gdzieś nad wodą. Niestety, wcześniejsze decyzje doprowadziły do tego, że właśnie dziś muszę dokończyć dokument wymagań. Kto pisał ten wie, że jak się nie chce to jest to jeden z cięższych dokumentów do opracowania.

W ramach robienia wszystkiego tylko nie tego co muszę wróciło do mnie stare przemyślenie o celach SMART, motywacji i potępianiu prokrastynacji 🙂 Patrząc od końca, zgoda, że odwlekanie wszystkiego na jutro jeśli jest to jedyna metoda naszego działania to nie jest dobry pomysł. Jednak czy serio musimy każdą rzecz, która wpada do nas z etykietą “pilne” brać od razu na klatę? Może czasem warto sprawdzić dla kogo i dlaczego to jest pilne. Nie mieliście już tak, że super pilna sprawa dla klienta stawała się mniej pilna po dwóch dniach i w ogóle nie ważna po kolejnych 4 jak klient sam przemyślał i doszedł do wniosku, że to bez sensu? Jeśli się za nią zabraliście od razu to właśnie straciliście kawałek życia na robienie czegoś niepotrzebnego a wystarczyło usiąść i poczekać 🙂

A kolejny temat czyli SMARTność celów i atrakcyjność wyzwań jakie stawia przed nami życie. Serio? Im dłużej opowiadam na warsztatach o tym, że cele muszą być SMART tym częściej dodaje, że to jednak bulshit. SMARTny cel to wyjątek, atrakcja, która owszem trafia się ale nie za każdym razem i nie każdemu. Nie wszystko co robimy jest ekscytujące, angażujące i w ogóle niesamowite. Dużo częściej cele związane z wynikami, czy naszą pracą ogólnie albo są jakie są albo nawet nie daje się ich nazwać celem. To po prostu jest jakieś działanie, które muszę podjąć aby mieć skończoną swoją robotę. Tak, mój dokument mało ma ze SMARTu jednak muszę go zrobić.

Tu dochodzę do tego co już jakiś czas temu mnie rozbawiło a jednocześnie urzekło. Wpadłem na LN na załączony poniżej wpis. I właśnie to jest odpowiedź na ciężkie poniedziałki, na nieciekawe papiery i inne rzeczy, które po prostu musimy zrobić. A więc zacznijmy niechętnie i czasem bez fajerwerków ogarnijmy swoje podwórko. Nie ma w tym nic złego, czasem nasza praca nie musi nas motywować, nie musi ekscytować. Czasem po prostu warto ucieszyć się tym, że dziś niechętnie pracujemy przy komputerze a 300 lat temu niechętnie musielibyśmy wziąć dzidę i iść na polowanie aby coś zjeść 😉

Trzymajcie kciuki, biorę się do pisania… bardzo niechętnie 

albo zajrzyj na mój profil

Dobry boomerski licznik odwiedzin 🙂

000787