Miniony weekend spędziłem z żoną i jej znajomymi na świętowaniu obrony prac, które pisali na zakończenie swoich 5 letnich i bardzo wymagających studiów. WIęc dziś postanowiłem podzielić się kilkoma przemyśleniami związanymi z tematem tzw celebracji sukcesów.
Sprawa nie jest moim zdaniem zero jedynkowa. Z jednej strony często mamy spore oczekiwanie po stronie pracowników, aby organizacja należycie świętowała sukcesy. Z drugiej pojawia się oczekiwanie np menadżerów, aby te sukcesy, które mamy świętować faktycznie na to zasługiwały. A prowadzi do ustalenia kwestii co to dokładnie znaczy “celebrować” a co oznacza “sukces”.
Jest na to oczywiście bardzo prosta odpowiedź — “to zależy”. Pamiętam jak dawno, dawno temu wybraliśmy się z kolegami z firmy aby uczcić uruchomienie wiadomosci24.pl. Projekt trochę trwał, był dynamiczny i koniec końców nieco wymęczył zespół. Z wielką radością zatem udaliśmy się na spontanicznego “malucha” ignorując fakt, że był czwartek. Skończyło się kacowym killku osób w piątek. Sukces został przypieczętowany.
W kontrze do tego wydarzenia pojawił się doroczny wyjazd firmowy, którego główne punkty rozrywkowe były w zasadzie takie same, czyli zabawa i uczczenie uruchomienia tego portalu. Wyjazd jednak przeszedł bez większego echa, spora część zespołu nie pojechała. Dlaczego tak się stało? Myślę, że dwa główne powody są następujące. Czym innym jest świętować w bliskim gronie, z którym ostatni rok przepracowało się biurko w biurko a czym innym impreza z szefami. A drugi powód jest taki, że ten zespół miał właśnie taką potrzebę, ale inne osoby nie widziały już takiej radości w okolicznościowym pijaństwie. Inaczej też świętujesz jak masz 26 lat i jesteś wolny a inaczej jak masz 36 i rodzinę, albo zbolałą wątrobę 😉 Mój wniosek z tego, że lepiej wspierać te małe imprezy niż usilne integrowanie całej organizacji, szczególnie jeśli jest liczna i są w niej zespoły, które ledwie wiedzą o swoim istnieniu.
Od strony menadżera sprawa też nie jest prosta. Po pierwsze, nie ma takiego budżetu, którego nie da się wydać, natomiast niewiele osób pamięta, że ktoś na to musi zarobić. Więc już pojawia się pierwsze wyzwanie do powiązania świętowanego sukcesu z przyziemnym parametrem wyniku finansowego tegoż samego.
Kolejny temat to wymyślanie tych wszystkich rozrywek. Zapytasz trzech osób na co mają ochotę to dostajesz pięć odpowiedzi, nie zapytasz to też będzie źle. Na deser wchodzi jeszcze kwestia “spoufalania”. To moja ulubiona część. Uważam, że jeśli masz problem z imprezowaniem z Twoimi ludźmi to może czas poważnie przemyśleć jakim jesteś szefem i jaką organizację tworzysz. Może się okazać, że ta wielka, doroczna impreza nie sprawi aby ludzie zapomnieli jak na codzień ich traktujesz 😉
A zmierzając w stronę jakiejś puenty. Uważam, że powinniśmy sami zadbać o świętowanie naszych sukcesów, tych małych i tych dużych. Powinniśmy być gotowi na to, że to co nas cieszy nie musi cieszyć innych jednak niech nie przeszkadza nam to właśnie w przeżyciu tej chwili radość bo to ona da nam siłę i motywację do dalszego działania. Nie ma się co oglądać na wszystkich dookoła, bo tam zawsze czai się jakaś maruda.
Myśl dla menadżerów? Jasne, że HR będzie dbał o “globalne” rozwiązanie i integrację całej firmy i słusznie. Niemniej miejmy chociaż symboliczny budżet i przyzwolenie na to aby nasi ludzie po prostu uczcili to co sami uznają za sukces i delikatnie zachęcajmy ich do tego.
A wszystkim rozpoczynającym doroczną rozkminę czy firmowa wigilia to must have czy już cringe życzę aby i w tym roku jakoś sobie z tym poradzili 🙂


